mojeauto.pl > motogazeta > Premiery > Volkswagen Beetle: Ikona popkultury w Meksyku

Volkswagen Beetle: Ikona popkultury w Meksyku

Poprzednia generacja Garbusa - New Beetle - debiutowała na rynkach 13 lat temu. Ja miałem natomiast 11 godzin lotu z Paryża do stolicy Półwyspu Jukatan - miasta Cancun, by przewertować informacje prasowe Volkswagena, w których niemiecki producent zarzeka się, że najnowsza generacja tego samochodu, nie powinna już zajmować czołowych miejsc w plebiscycie "Gay car of the year". The Beetle, bo tak brzmi ksywa nowej serii "chrząszcza", ma teraz trafiać w gusta przeciętnych mężczyzn. Nieprzeciętnych kobiet także. Ale po kolei.

Volkswagen Beetle: Ikona popkultury w Meksyku

Wydłużona o siedem godzin doba spowodowana przez lot, doprowadziła do znacznego osłabienia kondycji grupy dziennikarzy, która przybyła z chłodnego już w październiku kraju nad Wisłą, do skąpanego w temperaturach przekraczających 30 stopni Celsjusza i wilgotności powietrza powyżej 85% Meksyku. Po przylocie starczyło jedynie sił na doczłapanie się do autobusu, powitalną kolację w hotelu i zaaplikowanie na dobry sen jednego, lokalnego drinka o wymownej nazwie "Tequila Boom Boom". Randkę z nowym "Vocho" (jak nazywają Garbusa potomkowie Majów, Azteków i Olmeków), musiałem zatem przełożyć na kolejny dzień.

Poranek rozpoczęliśmy od kilkudziesięciokilometrowej przejażdżki na jedną z najbardziej rozpoznawalnych, karaibskich plaż Półwyspu Jukatan. Sceneria znana z najbardziej wymuskanych katalogów biur podróży lub filmów z Jamesem Bondem - piasek w kolorze cukru pudru, dziko rosnące palmy i oślepiający podpuchnięte oczy turkus Morza Karaibskiego. To wizytówka ośrodka w Tulum. Wieki temu to właśnie tutaj mieściło się jedno z najbardziej ulubionych i domniemam, że najbardziej luksusowych SPA należących do Majów. Mówiąc krótko, mieli klasę.

Kolejny punkt w programie zwiedzania Meksyku dotyczył już stricte bohatera, dla którego zdecydowałem się jako jeden z pasażerów Boeinga 777-300ER, wylądować po drugiej stronie globu. W tym egzemplarzu podwozie na szczęście działało bez zarzutu. Przedstawiciel Volkswagena, Tomasz Tonder parkuje jednego z ośmiu nowych Garbusów nad brzegiem morza. W ręce dzierży szklaną butelkę coca-coli i parę charakterystycznych, amerykańskich okularów, które od lat są wizytówką pilotów bojowych elitarnej szkoły Top Gun, a teraz także podstawowym elementem garderoby polskiego szołbiznesu. "Podobnie jak te dwa przedmioty, Volkswagen Beetle jest produktem kultowym. Znakiem rozpoznawczym popkultury, który na stałe wpisał się w świadomość ludzi na całym świecie" - mówi gospodarz spotkania. Biorę łyk świeżego soku z kokosa i zastanawiam się czy za chwilę nie zachłysnę się piarowym miąższem. Jest w tych słowach jednak szczera prawda. Garbus (Polska), Käfer (Niemcy), Kobe (Tanzania), Kabutomushi (Japonia), Maggiolino (Włochy), Cepillo (Dominikana), Volla (RPA), Hrošč (Słowenia), Escarabajo (Hiszpania), Bug (USA), Cucaracha (Honduras), Ag-ru-ga (Irak), Mgongo wa Chura (w języku suahili) - to tylko część przydomków Volkswagena Beetle. Takie uzasadnienie chyba wystarczy.

W zdobyciu popularności, samochodowi zaprojektowanemu w roku 1934 przez Ferdynanda Porsche, nie przeszkodził imidż niemieckiego dyktatora, który mówiąc delikatnie nie był zwolennikiem wielokulturowości. A przecież trzeba przypomnieć, że to właśnie na jego polecenie i stosując się do jego uwag Porsche, genialny konstruktor, rozpoczął prace nad samochodem dla ludu, którego produkcja (15 007 034 egzemplarzy) już w 1972 roku przekroczyła rekord ustanowiony przez legendarnego Forda T. Słodka ironia losu. Cztery lata później "chrząszcze" wyjeżdżały już tylko z meksykańskiej fabryki w miejscowości Puebla i Brazylii, ponieważ w Europie auto od 1974 roku musiało ustąpić miejsca debiutującemu wówczas Golfowi.

Beetle był hitem na wszystkich kontynentach. Jeździł nim nestor pokolenia Dzieci Kwiatów John Lennon. Nakręcono z jego udziałem kilka hoolywoodzkich produkcji: "Garbi znowu w trasie", "Chrabąszcz jedzie do Monte Carlo", "Garbi - Super bryka" i inne. Miał także swój serial telewizyjny "The Love Bug", czyli w tłumaczeniu "Kochany chrabąszcz". Łącznie z taśm produkcyjnych w Niemczech, Brazylii i wspomnianym wcześniej Meksyku zjechało ponad 21,5 mln sztuk Volkswagena, którego pseudonim "Beetle" po raz pierwszy użył w 3 lipca 1938 r. dziennikarz The New York Times. Bez wątpienia uwielbienie Garbusa jest dobrym tematem do badań dla socjologów.

W 1998 roku z Puebla zaczęły wyjeżdżać zupełnie odmienione wersje małego Volkswagena, o których w zasadzie można powiedzieć tylko tyle, że były. Największą furorę New Beetle zrobił wśród pryszczatych nastolatków w Kalifornii. Stylistyka skierowana zdecydowanie bardziej w kobiece gusta wcale nie okazała się dobrym pomysłem, ponieważ nawet reprezentantki płci pięknej były mocno podzielone w tej kwestii. Wnętrze - trzeba przyznać obszerne na przednich fotelach - było wykonane bez polotu, nudne, bez spójnej koncepcji.

Najnowsze dzieło niemieckiej marki ma natomiast całkowicie zneutralizować nieprzyjemny zapach, pozostawiony po tamtej generacji. Auto nadal powstaje w kraju słynącego z nachos, sombrera, tequili, Matki Boskiej z Guadalupe, Salmy Hayek i przemytników kokainy. Jest jednak w całości zaprojektowane przez niemieckiego dizajnera, Klausa Bischofa. No może nie w całości, ponieważ tym razem do przygotowania wnętrza zatrudniono zdolnego Polaka, Tomasza Bachorskiego. Co w takim razie jest interesującego w najnowszej generacji? Wiele rzeczy. Przede wszystkim The Beetle zdecydowanie bardziej nawiązuje kształtami do protoplasty. Poprzednika można było w zasadzie narysować trzema kołami. W nowym zarysowuje się natomiast widoczny podział na długą maskę, oddzieloną z opadającym tyłem pionową szybą. Krągłości na nadkolach i zderzakach Bischof zastąpił bardziej wyrazistymi, ostrzejszymi liniami. The Beetle mierzy teraz 4278 mm długości (+152 mm w stosunku do poprzednika). Jest też nieco szerszy 1808 mm (+84 mm), ale też niższy 1486 mm (-12 mm). Rozciągnięcie auta sprawiło jednak, że prezentuje się nieporównywalnie lepiej od New Beetle. Teraz ma charakter, wcześniej był przekonujący niczym uczestniczki programu Top Model. Płyta podłogowa nowego Volkswagena znajduje się teraz bliżej ziemi. Okrągłe światła,  ciągnący się przez całą szerokość przedniego zderzaka wlot powietrza, dwa okrągłe kominy zwieńczające układ wydechowy i 19-calowe koła, prezentują się niezwykle sympatycznie. O przepraszam, są cool i fresh.

Dokładnie taki ma być nowy Beetle w odbiorze. Wyluzowany, nastawiony na zabawę, jak mówią ludzie z Volkswagena - "lajfstajlowy". Jest tak podobny do pierwszych Garbusów, a jednocześnie na wskroś nowoczesny. "Podobnie jak jego największy rywal - MINI" - dodają. Szczerze mówiąc moim zdaniem oba auta dzieli więcej, niż się pozornie wydaje. A to dlatego, że projektanci w MINI mogą pozwolić sobie zdecydowanie na więcej wodotrysków. Ci w Volkswagenie muszą trzymać się filozofii spójnej z innymi modelami marki. Dlatego przypuszczam, że klient myślący o zakupie nowego VW, będzie miał w głowie prędzej Audi A1 lub Citroena DS3. Do postawienia takiej tezy nakłonił mnie wygląd wnętrza. Co prawda jest w nim wiele nawiązań do dawnych Garbusów - okrągły prędkościomierz (w The Beetle połączony z obrotomierzem i wskaźnikiem paliwa), pionowa deska rozdzielcza (utrzymana w podobnej tonacji kolorystycznej jak kolor nadwozia, z wyjątkiem wersji Sport, gdzie plastiki mają imitować karbon), schowek przed przednim pasażerem otwierany w oryginalny sposób, czy "cykorłapki" dla pasażerów dwóch siedzeń z tyłu, w formie gumowych pasków przytwierdzonych do słupków B. Wygląda to wszystko klimatycznie. Lecz podświetlane, okrągłe głośniki w drzwiach to za mało, by stworzyć w Volkswagenie nastrój "pozytywnego zakręcenia" jaki oferują modele MINI. Może w ten sposób - nasz rodak dostał od swoich przełożonych zielone światło tylko na lekką ekstrawagancję, ale mimo to wykonał robotę naprawdę nieźle.

Nowy Volkswagen Beetle do klienta trafi w jednej z trzech wersji wyposażeniowych - Beetle, Design i Sport i dwóch wariantach silnikowych. Obu benzynowych - 1.2 TSI 105 KM i 2.0 TSI 200 KM. Tą drugą miałem okazję sprawdzić w trakcie prezentacji, o czym w dalszej części tekstu. Słabszy motor spala średnio 5,9 l./100 km benzyny, drugi (połączony ze skrzynią DSG) około 8 l./100 km. Za nim jednak kupicie "chrząszcza" - a trochę to potrwa ze względu na wyczerpaną już pulę zamówień na ten rok, do wyboru dojdą jeszcze inne silniki: 1.4 TSI 160 KM i Diesel TDI o mocy 105 KM. Ceny od 68 990 zł za najmniejszą benzynę, do 101 990 zł za najbardziej agresywną odmianę Sport. W porównaniu z New Beetle w momencie debiutu kwoty są konkurencyjne o około 2000 zł, przy bogatszym wyposażeniu standardowym, między innymi: ESP z ASR, 4 poduszki powietrzne, lakierowana deska rozdzielcza, klimatyzacja, światła do jazdy dziennej, tempomat, szerokie opony 215/60 R - niestety bez alufelg, pełna elektryka szyb i lusterek.

Koniec prezentacji. Chwila na złapanie promieni słonecznych i wracamy z powrotem za koło nowego Garbusa. Obieramy kurs na Cobę. Starożytne miasto Majów, którego największą atrakcją jest piramida, a w zasadzie wielki kopiec Mul Nohoc. Wejście na ten 42-metrowy, kamienny obiekt z pozoru wydaje się przysłowiową bułką z masłem, ale dość szybko można zweryfikować swój pogląd, pokonując w upale pionowe, mocno wytarte stopnie. Wolę jednak takie zmęczenie, niż pracę, którą wykonują lokalni, rowerowi rykszarze, przywożący w to miejsce wychowanych na hamburgerach amerykańskich turystów. Tym bardziej, że widoki na samym szczycie są imponujące. Przed oczami rozpościera się dżungla, która łączy się na horyzoncie razem z niebem. Coba to jeden z wielu ośrodków kultu. W nich Majowie modlili się, ale też robili te mniej humanitarne rzeczy. Zainteresowanych odsyłam do książek kulturoznawczych.

Kolejna eskapada z udziałem Garbusów z XXI wieku, miała doprowadzić wesołą wycieczkę do głównego miejsca obrządków religijnych Majów. Naszym celem było odwiedzenie bogatego w ruiny miasta Chichén Itza, leżącego dokładnie w połowie drogi między Cancun i Meridą. Zanim jednak znaleźliśmy się na miejscu kawalkada białych i czerwonych Volkswagenów Beetle musiała przemierzyć ponad 250 km meksykańskich dróg. Początek trasy to prosta po horyzont niczym trasy w Arizonie droga 'Mexico 307'. Tam mogłem przekonać się o tym jak nowy Garbus będzie spisywał się, kiedy trafi na europejskie autostrady. Mimo że samochód jest sztywniejszy niż Golf (między innymi za sprawą obniżonego zawieszenia), to bardzo komfortowo rozprawia się z długimi dystansami. 110 km/h, tempomat włączony, płyta Manu Chao w odtwarzaczu i pierwsze 150 km przejechane niemal na jednym wdechu. Dalsza część trasy idealnie nadawała się natomiast na sprawdzenie zwrotności samochodu. Zza niewielkich szczytów zaczęły nieśmiało zerkać zakręty. Wydłużenie do 2537 mm rozstawu osi ma tutaj jak najbardziej sens. Beetle napędzany na przód w łukach prowadzi się przewidywalnie. Żadnej nerwówki, odjeżdżania przodem. Precyzja taka jak w MINI? Nie ta masa, nie ten układ kierowniczy. Jednak fakt pozostaje faktem, że naprawdę trudno się do czegoś przyczepić.

Zabawy kończymy dość szybko. Przed nami patrol, jeden z wielu na trasie. Ten jednak obsadzony przez policję federalną, czyli taką, która może zaserwować kulkę w kolano bez cywilizowanego zwrotu: "Uwaga, strzelam!" Grzecznie odpowiadamy na pytania w języku zawierającym słowa hiszpańskie, angielskie, polskie i akrobatyczne ruchy wykonywane rękami. Przyczyna kontroli jest jasna - część aut nie otrzymało jeszcze tablic rejestracyjnych, jedynie na bocznej szybie widnieje pozwolenie administracji w Puebla, że Beetle należą do Volkswagen Mexico, a nie gangu narkotykowego z Tijuany. Zrozumieli. Reprezentanci wymiaru sprawiedliwości z niewzruszoną postawą wydobywają z siebie wreszcie tak bardzo oczekiwane przez nas słowo: "Adelante!". No to jedziemy.

Dojeżdżamy do celu. Przyznam, że spodziewałem się miejsca bardziej mistycznego od mistycznych. Tymczasem Chichén Itza to wioska tętniąca zmasowaną turystyką i kramami, w których można kupić poncho, drewniane maski i noże z obsydianu. Mimo wszystko dawne budowle robią wrażenie. Zwłaszcza obserwatorium, dzięki któremu Majowie mogli dokładnie opracować kalendarz, który nasza cywilizacja używa do dnia dzisiejszego. Potężna jest też Piramida Kukulcan. Jej rodzima nazwa to "El Castillo", znajdująca się w centrum dawnego miasta. Ponownie dowiadujemy się o kolejnych dantejskich formach składania ofiary i najbardziej pożądanych przez Majów kanonach piękna wśród kobiet. W skrócie chodzi o nos. Im częściej złamany i wyglądający jak u Rocky'ego Balboa, tym partnerka bardziej atrakcyjna. Krzywimy się jak po zjedzeniu grejpfruta, ale z drugiej strony dziś w wargach spotkać można jad kiełbasiany, a w Japonii specjalnie wydłuża się kości nóg.

Po dniu pełnym ekscytacji, odpalamy w Volkswagenach dwulitrowe, przyjemnie buczące dla ucha za sprawą sportowego układu wydechowego silniki TSI i zmierzamy do naszej bazy w Playa del Carmen. W momencie, kiedy opadasz z sił przekładnia półsekwencyjna DSG okazuje się zbawieniem. Szybka, precyzyjna i nie wymuszająca od kierowcy zupełnie żadnych czynności. W drodze powrotnej dowiadujemy się jednak o kolejnej atrakcji. Tym razem niezapowiedzianej i wcale niewesołej. Nad Półwysep Jukatan z prędkością 170 km/h dociera huragan Rina. Jej nota w pięciostopniowej skali to "trójka". W wybrzeże ma uderzyć w godzinach nocnych następnego dnia. Szybka narada, dwa wyjścia: ucieczka w głąb lądu lub barykada w hotelu o statusie bunkra, prohibicja i duże prawdopodobieństwo, że spadające z drzew kokosy skutecznie unieruchomią "chrząszcze" na kolejne dni. A być może na zawsze. Ze strefy zero postanawiamy wyjechać nazajutrz tuż po śniadaniu.

Poranek wywołuje u nas powątpienie w prawdomówność meteorologów. Szybko pakujemy bagaże. Mieści się ich zaskakująco sporo. No tak, nowy Beetle mieści o 100 l. więcej niż poprzednik, dokładnie 310.Towarzysząca nam do tej pory wakacyjna aura szybko została przykryta gęstym i złowieszczym niebem. Wyjeżdżając z miasta we wstecznym lusterku obserwuję jak ciemna masa zalewająca wybrzeże próbuje dogonić orszak Volkswagenów. Kick-down, przód Beetla delikatnie unosi się do góry, w momencie gdy tylna część samochodu zaczyna mocniej stapiać się z asfaltem. Nowy Garbus z dwustukonnym silnikiem przyspiesza do pierwszej setki w 7,5 s. i rozpędza się maksymalnie do 223 km/h. W zupełności wystarczy, by uciec gromom rzucanym przez rozjuszoną Rinę. Przez moment mam wrażenie, że nieprzyjacielski front znów nas dogania. Pomyłka, to akurat dźwięk wytwarzany przez układ wydechowy, przy każdej zmianie biegu w krótszym nastawie DSG. Do pokonania 370 km, kierunek Merida. Prawdziwie meksykańskie miasto. Odległość taka jaką co tydzień pokonuję z Wrocławia do Warszawy. Dojeżdżamy. Nie wiem ile w tym zasługi adrenaliny, ile wspaniałych widoków, które ubarwiały nam podróż, a ile samego Garbusa. Do Meridy przyjeżdżam zrelaksowany. Dojeżdżając do polskiej stolicy miałbym już usta pełne piany i wyczerpany słownik epitetów z powodu drogowego horroru.

Dalsza część wyprawy przebiega już spokojnie. Po nocy spędzonej w Meridzie wracamy na miejsce zbrodni Riny. Okazało się, że przed wybrzeżem mocno zwolniła, a spustoszenia nie są dramatyczne. Jednak nie żałujemy. Dzięki tej wyprawie zobaczyliśmy prawdziwy Meksyk, odarty z amerykańskiego lukru serwowanego w nadmorskich kurortach. Prawdziwą twarz tego kraju widać częściowo na zdjęciach. Zostawiamy naszych ośmiu czterokołowych kompanów w ich drugiej ojczyźnie. Już rozumiem dlaczego dawne Garbusy są tak uwielbiane do dnia dzisiejszego. Mimo zaledwie pięciu dni spędzonych za kierownicą, na miejscu pasażera i tylnych fotelach nadających się tylko do przewozu niewysokich osób, trochę zżyłem się z „chrząszczem” pomalowanym na białą perłę. Wracamy do kraju.

W drodze powrotnej z Cancun do Paryża, a później do Warszawy miałem z kolei aż nadto czasu, by pomyśleć o Volkswagenie Beetle w kategoriach sukcesu lub porażki. Wnioski: jest zdecydowanie lepszy, bardziej przemyślany i skrojony pod konkretną grupę odbiorców niż poprzednik; nigdy nie będzie tak popularny jak XX-wieczne Garbusy - nie ten cykl życia produktu i nie kosztuje 1200 USD; nie odbierze klientów MINI, prędzej stworzy własną kastę zwolenników; w Polsce będzie samochodem niszowym, zahaczając o słupki sprzedaży Volkswagena Scirocco; jest wart swojej ceny, bo tyle w dzisiejszych czasach kosztuje chęć wyróżnienia się. Hasta luego!

Sprawdź dostępne konfiguracje:

Volkswagen New Beetle
Volkswagen New Beetle
Cena podstawowa już od: 77 890 PLN brutto
Dostępne nadwozia: hatchback-3dr.

Podobne wiadomości:

Volkswagen Gira - przyszłość podróży

Volkswagen Gira - przyszłość podróży

Technika 2016-11-30

VW Arteon następcą CC

VW Arteon następcą CC

Aktualności 2016-11-28

Komentuj:

~SELO 2011-11-14

VW Garbus ten najnowszy, to kawal porzadnego i fajnego wozu. Nie ma drugiego takiego auta (w grupie marek popularnych). PT Cruiser nie jest produkowany, a Chevy HHR nie jest dostepny w Polsce. I co wazne ceny sa OK.

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij
Prześlij zdjęcie i zagraj o jedną z 30 nagród
Prześlij zdjęcie i zagraj o jedną z 30 nagród
Konkurs na 25-lecie magazynu "auto motor i sport". Zrób sobie zdjęcie z jubileuszowym wydaniem magazynu i prześlij je do nas koszystając z formularza na stronie. Masz szansę na wygranie jednej z 30 nagród. Weź udział!
Wydania cyfrowe auto motor i sport Wydania cyfrowe auto motor i sport