mojeauto.pl > motogazeta > Testy samochodów > Isuzu D-Max: Dla prezesa w gumowcach

Isuzu D-Max: Dla prezesa w gumowcach

Pierwotny pomysł na pickupy był prosty niczym kawałek drutu. Miały służyć do ciężkiej pracy, przewieźć niezliczone kilogramy różnego rodzaju bagażu, a przy tym nie bać się bezdroży. Współczesna motoryzacja obala jednak wiele stereotypów i dzisiejsze pickupy często zastępują auta rodzinne bądź nawet limuzyny prezesów. Sprawdziliśmy, czy Isuzu D-Max to jednak typowy wół roboczy, czy może być jednak wykorzystywany do bardziej wyrafinowanych celów.

Isuzu D-Max: Dla prezesa w gumowcach
Isuzu D-Max - przedstawiciel segmentu średniej wielkości pickupów - to żadna nowość, na rynku jest już obecny od dziesięciu lat. Co więcej, w tym roku pojawi się jego następca, którego można było już podejrzeć podczas genewskich targów motoryzacyjnych. Wśród polskich kierowców nie ma on jednak tak ugruntowanej pozycji jak chociażby Nissan Navara czy Mitsubishi L200 z jednej prostej przyczyny. D-Max, i generalnie cała marka Isuzu, do sprzedaży w naszym kraju trafił dopiero w 2009 roku, a więc już po boomie na pickupy, jaki obserwowaliśmy nad Wisłą dwa, trzy lata wcześniej.

Przyglądając się naszemu Isuzu z zewnątrz już na pierwszy rzut oka można odnieść wrażenie, że oto mamy do czynienia z pickupem z krwi i kości, a nie jego namiastką, która ma jedynie dobrze się prezentować. Masywny przód z wysoko poprowadzoną maską, sporych rozmiarów atrapa chłodnicy i reflektory, prężące się nadkola, kanciaste kształty... Trochę ten widok typowego "robola" zostaje zaburzony przez chromowane wstawki, jakie możemy dostrzec na przednim grillu, lusterkach zewnętrznych czy klamce tylnej klapy. Te dodatki otrzymamy jednak, decydując się na wersję wyposażeniową LS. W przypadku podstawowej (L) tego typu "świecidełek" nie będziemy mieć.

Masywne kształty mogą być nieco mylące, bowiem tak naprawdę z 5.035 mm długości Isuzu D-Max to najmniejszy przedstawiciel tego segmentu. Przynajmniej wśród dostępnych na naszym rynku modeli. Decydując się na Isuzu mamy do wyboru trzy wersje kabiny - dwudrzwiową krótką, wydłużoną, ale również z jedną parą drzwi i wreszcie czterodrzwiową, czyli podwójną kabinę. Do naszego testu trafiła ta ostatnia, teoretycznie najbardziej praktyczna.

Praktyczność ta wyraża się choćby możliwością przewiezenia pięciu osób (mniejsze kabiny pomieszczą dwie bądź cztery osoby), przy czym czwórka dorosłych pomieści się bez większego problemu. Poziom komfortu jest co najwyżej akceptowalny, przydałyby się nieco wygodniejsze siedziska, zwłaszcza za kierownicą, i to bez znaczenia, czy wybraliśmy się akurat w kilkusetkilometrową trasę, czy też przez kilka godzin wspólnie z Isuzu jesteśmy w pracy. Na miejscu kierowcy powinniśmy docenić za to dobrą widoczność, którą zawdzięczamy wysokiej pozycji za kierownicą, stosunkowo wąskim przednim słupkom i sporych rozmiarów lusterkom.

Wystrój wnętrza D-Maxa jest prosty, użyte materiały nie najwyższej jakości, tak jak i jakość ich montażu. Prostota ma jednak swoje plusy w postaci łatwej obsługi urządzeń pokładowych oraz niezwykle czytelnych zegarów. Nie pasuje jednak za bardzo do niej system multimedialny firmy Pioneer, jaki zdominował środkową konsolę. Duży, kolorowy i dotykowy wyświetlacz ma tylko jedną małą wadę w postaci zbyt małych przycisków, przez co zmiana natężenia głosu podczas jazdy może zakończyć się na przykład nieoczekiwaną zmianą stacji, jednak generalnie za ten element wyposażenia należą się słowa uznania, a dobywająca się z sześciu głośników muzyka może zawstydzić wiele mniej użytkowych modeli. Z roboczym charakterem auta nie współgrają także podgrzewane fotele ze skórzaną tapicerką, welurowe dywaniki czy wreszcie przyciemniane tylne szyby. Widać, że Japończycy chcieli za wszelką cenę odejść od określenia "typowy wół roboczy".

Choć różnie wykorzystywane, to jednak ważnym elementem w każdym pickupie są jego możliwości transportowe. W przypadku D-Maxa z podwójną kabiną paka ma 1.383 mm długości i 1.460 mm szerokości. Nie są to rekordowe wymiary dla pickupów, ale w codziennej pracy powinny być wystarczająca, choć nie ma co ukrywać, że w bardzo wielu przypadkach paka z rzadka jest wykorzystywana choćby w połowie swoich możliwości. D-Max, co dla wielu również może mieć znaczenie, jest w stanie pociągnąć przyczepę o wadze nawet do 3 ton.

Trzy małe przyciski powyżej wyświetlacza na centralnej konsoli sugerują, że Isuzu D-Max może mieć coś do powiedzenia na bezdrożach czy w nieco trudniejszym terenie. Szutry, leśne dukty czy lekkie podjazdy nasz pickup pokonuje bez najmniejszego zająknięcia. Duża w tym zasługa sporego prześwitu (22,5 cm), niezłych kątów natarcia (34,6 st.) i zejścia (23,3 st.) oraz napędu na obie osie, choć nie każdy zjazd z asfaltu musi się wiązać z natychmiastowym wybraniem trybu 4H. Isuzu świetnie poradzi sobie także po wciśnięciu przycisku 2H, czyli napędu na tylną oś. Pusta paka, mniej przyczepne podłoże i jazda D-Maxem może przynieść wiele frajdy innego rodzaju.

Wracając jednak do cięższej pracy i trudniejszego terenu, w odwodzie mamy jeszcze tryb 4L, potocznie zwany reduktorem. Po załączeniu tego przycisku Isuzu nie straszne okazują się błotniste czy bardziej ośnieżone odcinki dróg. Auto pokonuje je niemal niczym czołg, czym potwierdza jednoznacznie, że nawet w nieco bardziej wymagającym terenie czuje się niemalże jak ryba w wodzie.

Powiedzmy sobie jednak szczerze, że większość posiadaczy pickupów rzadko opuszcza asfaltowe nawierzchnie, o próbach offroadowych nie mówiąc w ogóle. Na twardej nawierzchni D-Max zachowuje się jak chyba wszystkie modele z otwartą paką (nawet po jej zabudowie). Precyzja prowadzenia, praca zawieszenia nie należą do mocnych stron tego modelu, choć w porównaniu do bezpośrednich rywali jest całkiem nieźle. A to za sprawą obniżonego środka ciężkości (D-Max to najniższy pickup w swoim segmencie), dzięki czemu szybsza jazda w zakrętach czy silne podmuchy wiatru nie są czymś szczególnie strasznym. Zawieszenie również można zaakceptować, bujanie czy przechyły nadwozia są w normie, a cały czas pokonywanie licznych nierówności na naszych drogach dla pickupa Isuzu to czysta przyjemność.

D-Max okazuje się też całkiem dynamicznym autem. 163-konny, trzylitrowy turbodiesel w technologii common rail z systemem zmiennej geometrii sprawnie rozpędza ważącego 1,8 tony pickupa, tak iż już po 10,7 sekundy wskazówka prędkościomierza osiąga pole z trzycyfrowymi wartościami. 360 niutonometrów maksymalnego momentu obrotowego, dostępne w zakresie od 1.800 do 2.800 obr/min, zapewnia niezłą elastyczność. Nagłe przyspieszanie nie będzie wymagało sięgania co i rusz do lewarka skrzyni biegów. I bardzo dobrze, bowiem manualna, pięciobiegowa przekładnia nie należy do wyjątkowo precyzyjnych, a zmiany biegów mają dość długie drogi prowadzenia. Auto sprawnie przyspiesza do prędkości autostradowych, a hałas dobiegający spod przedniej maski nie jest uciążliwy dla naszych bębenków.

W normie jest także apetyt D-Maxa na paliwo. Podczas naszego testu w trasie auto spaliło 8,5 litra na 100 kilometrów, zaś w mieście 11,9 l/100 km. W obu przypadkach nieco więcej cierpliwości pozwoliłoby "urwać" z tych wyników jeszcze po kilka dziesiątych.

Jeśli nie chcemy czekać na nowe wcielenie D-Maxa, to obecnie możemy tego pickupa mieć już za nieco powyżej 86 tys. zł. To jednak wersja z pojedynczą kabiną, z podstawowym wyposażeniem i słabszym, 2,5-litrowym dieslem. Testowana przez nas wersja to już wydatek rzędu ok. 120 tys. zł, jednak o wiele lepiej wyposażona. Oczywiście w przypadku pickupa trzeba pamiętać o jednej niezwykle ważnej rzeczy, możliwości odliczenia podatku VAT od ceny zakupu oraz od paliwa do niego. Bez tego liczba tego typu aut na naszych drogach byłaby dużo mniejsza.

Isuzu D-Max okazał się autem o bardzo dobrych właściwościach offroadowych, choć dzielnie radził sobie także i na asfalcie. Ciężka praca to dla niego chleb powszedni i wówczas nie powinna razić prostota wnętrza. Jednak wystarczy wybrać bogatszą wersję wyposażeniową i już dostajemy namiastkę luksusu. Największym problemem tego modelu wydaje się być dzisiaj słaba rozpoznawalność marki, jednak nadchodząca nowa generacja D-Maxa może już śmielej rywalizować z obecnymi liderami wśród pickupów.
Zobacz koniecznie: Wszystko o Isuzu D-MAX Wszystko o Isuzu
Tematy w artykule: Isuzu Isuzu D-MAX

Podobne wiadomości:

Izusu D-Max Yin i Yang

Izusu D-Max Yin i Yang

Premiery 2013-07-23

Isuzu D-Max: Niedoceniany robotnik

Isuzu D-Max: Niedoceniany robotnik

Testy samochodów 2012-11-22

Komentuj:

KittRoad 2013-08-22

Znacznie więcej? Jeździłem ostatnio Toyotą Auris, autko chyba z 2008 roku, jak się normalnie jeździ to komputer pokazuje spalanie około 9L/100, przy większym gazowaniu nawet 12L, a taki pickup, np D-MAX, ma w cyklu mieszanym co najwyżej 7,5L/100, a w terenie 6,4, mówię tutaj o dieselu. Więc nie jest tak do końca że kupuje się pickupa dla VATu. Samochody te mają plusy i minusy. Największym plusem jest spalanie, duża ładowność, duża moc i komfort jazdy, do minusów zaliczyłbym chyba tylko problem ze znalezieniem miejsca parkingowego, ale jak czytam różne artykuły to zaczynam sądzić, że pickupem można zaparkować tam gdzie nie zaparkuje zwykłe autko osobowe.

~mario 2012-04-10

kupno pikupa tylko po to by sobie odliczyć Vat to największa pomyłka jak dla mnie i co z tego jak mogę sobie odliczyć vat od paliwa, skoro tego paliwa zużywają znacznie wiecej

~sdf 2012-04-05

"Prezesi" kupowali pickupy, by były bez VATu, a poza tym są duże (można sobie skompensować naturalne niedobory) i są twardzielami przy parkowaniu (nikt rozsądny pickupa nie zastawi).

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij
Prześlij zdjęcie i zagraj o jedną z 30 nagród
Prześlij zdjęcie i zagraj o jedną z 30 nagród
Konkurs na 25-lecie magazynu "auto motor i sport". Zrób sobie zdjęcie z jubileuszowym wydaniem magazynu i prześlij je do nas koszystając z formularza na stronie. Masz szansę na wygranie jednej z 30 nagród. Weź udział!
Wydania cyfrowe auto motor i sport Wydania cyfrowe auto motor i sport