mojeauto.pl > motogazeta > Testy samochodów > Nissan 350Z Roadster: Muscle Car z Dalekiego Wschodu

Nissan 350Z Roadster: Muscle Car z Dalekiego Wschodu

Tym razem, w naszych testach prezentujemy auto, które z racji swoich osiągów oraz czego nie da się ukryć, koloru nadwozia, określiliśmy mianem "elektryzującej pomarańczy". Model zbierający laury w zawodach driftu i słynący niestety... ze zmęczonych wiekiem panów podbijających sobie notowania u nastolatek. Zapraszamy na przejażdżkę Nissanem 350Z Roadster.

Nissan 350Z Roadster: Muscle Car z Dalekiego Wschodu
Powiem szczerze, że jak do tej pory żaden samochód, który miałem okazję testować nie wygenerował u mnie tylu dobrych ilu złych wrażeń. Ale to już chyba przypadłość całej nissanowskiej serii "Z". Cofnijmy się na chwilę kilka lat wstecz. W latach 60- tych Japończycy - jeszcze widniejący pod marką Datsun - wprowadzili na rynek pierwszą generację tego modelu, oznaczoną jako 240Z. Auto było naprawdę przełomowe. Pozwoliło Krajowi Kwitnącej Wiśni dogonić czołówkę amerykańskiej klasy Muscle Car z Corvettą Sting Ray na czele. Niestety później sprawa nabrała niewłaściwego tempa. Powstał bezpłciowy 260Z, następnie 280Z z obrzydliwymi reflektorami a'la "wczesny Citroen" i taka sobie kopia Pontiaca Trans Am - model 300ZX, który pod koniec swojej świetności dobijał mocą do okrągłych i wtedy jeszcze magicznych 300 koni mechanicznych.

Czas leczył drobne rany zadane przez wątpliwe generacje. W przypadku sportowych Nissanów leczył blisko 10 lat, do chwili kiedy na globalnym markecie motoryzacyjnym, w 2002 roku pojawił się 350Z.

Stylistyka:
Czy warto było czekać? Mając na uwadze wygląd tego auta, można rzec, że tak. Długa, płaska maska, mocno pochylona przednia szyba, gwałtownie opadająca linia dachu (niezależnie czy mówimy o Coupe czy Cabrio) i krótki tył zakończony dwiema końcówkami układu wydechowego to kwintesencja japońskich aut sportowych. Rewelacyjnie prezentują się rejony wokół niskoprofilowanych opon. Wygięte jak żebra ramiona felg aluminiowych (w wersji Cabrio 17" - o jeden cal mniejsze niż w Coupe), za którymi schowano potężne złote zaciski tarcz hamulcowych. Całość wygląda nie tylko szlachetnie. Rozum podpowiada, że nie znalazły się one tam przypadkiem.

Dodatkowa porcja sushi należy się Japończykom tym bardziej, że 350Z projektowany był w  Stanach Zjednoczonych w Kalifornii. Głównie dla Amerykanów, którzy, jak powszechnie wiadomo, gustu nie mają. Kilka bubli jednak przemycono. Wyglądające jak metalowe, choć w rzeczywistości wykonane z tandetnego plastiku klamki drzwi, czy prostokątny jak czołowa ściana szuflady w komodzie grill.

Mimo tych niedociągnięć "trzysta-pięćdziesiątka" to doskonały wabik na ludzką zazdrość. Podjedziesz nią pod światła, masz niemal jak w banku gwarantowane zaczepki "Szybkich i wściekłych". Wyskoczysz rankiem po bułki do piekarni oddalonej o kilometr, usłyszysz ciche komentarze: "Tak blisko mieszka, przecież mógłby się przejść". Podjedziesz odebrać dziecko ze szkoły, od razu zaczną kojarzyć cię z dealerem narkotyków. Podjedziesz pod zakład fryzjerski... .

Nie mam pojęcia, czemu tak się dzieje. Pomarańczowy kolor karoserii, do tego otwierany dach powinny na pierwszy rzut oka uświadomić wszystkim, że jesteś pozytywnie nastawiony do życia i innych ludzi. Może chodzi o status majątkowy? Ale przecież Nissan 350Z to jeden z najtańszych na rynku rasowych roadsterów. Kosztuje raptem nieco połowę tego co Lexus SC 430, czyli jakieś 190 000 zł.

Wnętrze:
Częściowo tylko tyle, ponieważ jest to Nissan, a nie kojarzone za Oceanem z luksusem 
Infiniti. Po drugie, że to, co znajduje się w środku nie odbiega od standardu pozostałych modeli marki. Ta sama centralna konsola, zegary i pokrętła co w Murano, średniej jakości plastiki i pseudo-pomarańczowy kolor skórzanej tapicerki, który bije po oczach bardziej niż neony w wesołym miasteczku.

Z drugiej strony ergonomia panująca w środku 350Z jest naprawdę porządna. Zegary są czytelne, na horyzoncie znajdują się też trzy mniejsze wskaźniki: ładowania akumulatora, ciśnienia oleju i odczytów z komputera pokładowego. Elektrycznie regulowane fotele są wręcz wzorowe, nie tylko wygodne, ale i znakomicie trzymające ciało w zakrętach. Wszystko masz pod ręką. Krótki drążek zmiany biegów, który kształtem przypomina joystick z ery komputerów Atari. Ręczny blisko prawego uda, po to żeby nie szukać go długo przy stawianiu auta bokiem.

Coś jest jednak nie tak. I wydaje mi się, że to wymieszany klimat luksusowo-sportowy, jaki chciano tu uzyskać. Dość nieumiejętnie. W efekcie tego dostajesz auto aspirujące do wyższej ligi, ale jednocześnie tak infantylne, że gdybyś zdecydował się podjechać na partyjkę golfa z innymi menadżerami, nie zostałbyś odebrany zbyt poważnie. Mimo tego że w miniaturowym bagażniku 350Z znajduje się instrukcja, jak umieścić dwa komplety kii do posyłania piłeczki na dalekie odległości.

Więcej szumu uda ci się zrobić pod modną dysko-zabawą, a dzięki car-audio firmy Bose może uda ci się nawet wywabić część roztańczonych ludzi z parkietu przed lokal. Tuż za fotelami, których w Nissanie 350Z jest sztuk dwie, umieszczono potężny subwoofer. Nie dość, że brzmi bardziej krystalicznie niż układ wydechowy, to jeśli rozkręcisz go nie nieco mocniej zacznie basami masować ci plecy. Pełen odjazd dla młodzieży wybierającej się na zloty tuningowe, w których to auto byłoby jedną z najczęściej podziwianych zabawek. I co ważne, do olśnienia publiczności nie potrzeba w nim praktycznie nic zmieniać.

Jazda:
Nissan 350Z to brutalny samochód, który gardzi niedoświadczonymi kierowcami. Ok, jest Roadsterem, więc równie dobrze może służyć za Melexa jeżdżącego po osłonecznionym bulwarze w Międzyzdrojach. Tutaj świetnie nadaje się Audi TT czy Chrysler Crossfire, nota bene bezpośredni rywale Nissana. Ale w tym aucie jednak nie o to chodzi.

Nie bez przyczyny siedzi się w nim niżej niż w wariancie Coupe, w którym i tak jeździ się własnym "siedzeniem" po asfalcie. Na montaż foteli jeszcze niżej zdecydowano się po to, żeby po kilku kilometrach ostrzejszej jazdy na głowach kierowcy i pasażera nadal panowała harmonia fryzury. Bo kiedy po 20 sekundach dach złoży się automatycznie, wciśniesz pedał gazu, to szybka jazda w konfiguracji nadwozia topless może być w tym aucie jedną z najprzyjemniejszych rzeczy, jakie mogą cię spotkać w życiu. O ile, jak powiedziałem wcześniej, potrafisz zapanować nad maszyną, która od czasu do czasu lubi sprawdzić twoje umiejętności radzenia sobie z tylnym napędem.

Do dyspozycji bowiem Nissan 350Z oddaje pokaźny pakiet wysokiej jakości mechaniki i osiągów. Pod maską gości agregat V6 - i tu ciekawostka! - od mocno rodzinnego, delikatnie burżuazyjnego Renault Vel Satisa. Ma on pojemność 3.5 l., moc 313 KM i potężny jak na jednostkę benzynową maksymalny moment 372 Nm osiągany już przy naprawdę niskim poziomie obrotów.

Jakiego kopa ma faktycznie 350Z, można sprawdzić od pierwszych metrów. Wbijasz jedynkę, kładziesz prawą nogę na przepustnicy, strzelasz z krótkiego i twardego sprzęgła, a wokół zaczyna rozbrzmiewać nakręcający dźwięk motoru, który po przefiltrowaniu przez układ wydechowy troszkę traci na swoim jazgocie. Świat za szybą zaczyna się systematycznie zmieniać. Robi się jakoś dziwnie niepoukładany i rozmazany.

Pierwsze chwile to bezustanna walka. Kto wygra? Ja czy ta pomarańczowa bestia, którą chwilę wcześniej nazwałem infantylnym samochodzikiem? W obwodzie mam do dyspozycji system ESP, który robi co może, by siła z jaką szpera spina tylny most i moc auta nie narobiły bigosu. Nissan lekko miota się to na jedną, to na drugą stronę. Jak byk na rodeo próbuje mnie zrzucić z garbu. Przy kolejnych biegach jest już nieco spokojniej, ale tak samo gwałtownie, od przyspieszania moje źrenice rozszerzają się, język cofa się do przełyku, a kark nadal trzymam tak sztywno, jakbym miał założonego HANSa. Cholera, 350Z jest naprawdę szybki. 6 s. z miejsca do pierwszej setki - zaczynam rozumieć, że ten wynik nie wziął się z kosmosu. 250 km/h to prędkość maksymalna - ograniczona elektronicznie. Sprawdzone. Nie powiem gdzie, ale zdradzę, że po raz pierwszy bałem się kierując pojazd. Nie samej prędkości, bo miałem już okazję podróżować z takową parę razy, ale tego jak 350Z zachowuje się powyżej 170 km/h. Staje się nerwowy. Mimo że trzymasz kierownicę pewnie i mocno, auto cały czas gdzieś myszkuje po drodze. Mając w świadomości to, że jest to samochód napędzany na tył po cichu zastanawiasz się, by przez mocniejszą korektę czegoś tu nie zmajstrować. Myślę, że po części to wina wagi. 1,5 tony to tyle ile może ważyć kompaktowe kombi.

Za kółkiem naprawdę ciężka robota. Układ kierowniczy jest skalibrowany tak precyzyjnie jak szwajcarska busola, ale stawia spory opór. Chyba za dużo w tym elemencie wdało się Ameryki, bo i promień skrętu jest kiepski.

Zawieszenie z kolei jest diabelsko twarde, choć widać, że inżynierowie Nissana naprawdę włożyli w nie sporo pracy. Przód i tył leży na osiach wielowahaczowych z aluminium. Do tego dochodzą stabilizatory poprzeczne i sprężyny śrubowe. Na naszych miastowych drogach jednak co chwilę twardość zawieszenia melduje się na kości ogonowej. Dość dosadnie. Reprezentant klanu "Z" robi co może, by jak najlepiej stłumić te nierówności ale to na nic. Tylko czekać, kiedy plastiki zaczną trzeszczeć. Zalety zaczynasz 
dostrzegać dopiero na płaskich kawałkach trasy. Wtedy, jeśli dysponujesz wolną przestrzenią, wyłącz ESP, a przekonasz się jak długie poślizgi i inne piruety ta "drift-maszyna" jest w stanie wykonać. I sporo spalić. Podawanie limitów jest w tym miejscu zbędne, bezcelowe i w ogóle bezsensu. Nissan 350Z może spalić w mieście 11 l. ale równie dobrze i 21 l.

Podsumowanie:
Trochę za dużo w nim Ameryki. Próba przekształcenia Nissana 350Z w iście jankesowy Muscle Car odbiła się Japończykom czkawką. Jest ciężki, trudno nim skręcać, pali zbyt dużo, ma materiały średniej jakości i nadaje się bardziej do jazdy na wprost niż od lewej do prawej... po suchym. Ale ma też moim zdaniem dwie istotne zalety. Pierwsza to jego charakter - jest agresywny, bezczelny, konkretny i trzeba obchodzić się z nim po męsku. Druga to cena, która czyni zakup auta o takiej specyfice w pełni racjonalnym.

+ świetne osiągi
+ klimat Roadstera
+ zawieszenie

- średnia jakość materiałów
- duże spalanie
- brak lekkości w prowadzeniu


Zobacz specyfikację i dane techniczne testowanego modelu

Podobne wiadomości:

Tanie auto elektryczne od Renault-Nissan

Tanie auto elektryczne od Renault-Nissan

Aktualności 2016-11-08

Nissan Navara - EnGuard Concept do ratowania życia

Nissan Navara - EnGuard Concept do ratowania...

Premiery 2016-09-23

Komentuj:

~Ja 2015-01-07

,,Zalety zaczynasz dostrzegać dopiero na płaskich kawałkach trasy. Wtedy, jeśli dysponujesz wolną przestrzenią, wyłącz ESP'' Nie lepiej wyłączyć od razu? Jeżeli układ kierowniczy chodzi ciężko to albo siłownia, albo serwis. Samochód dla mężczyzny który nie powinien bać się auta tylko potrafić je ujarzmić. Ten samochód potrafi tańczyć, mokra nawierzchnia i jadę bokiem, a kiedy tylko chcę to mogę walnąć bąka (autem) :D

~kolo 2012-03-19

haha. jak mozna japonskie cacko porownac do ciezkiego ledwo skrecajacego przy wiekszych predkosciach przez sztywny most badziewia palacego hektolitry produkcji usa. 350z jest technologicznie 2 dekady do przodu w porownaniu z niskiej jakosci motoryzacja ze stanow.

~Sławek 2010-01-22

Jak czytam te opinie to nie powiem co mi się chce zrobić , bo to nie miejsce do tego. Jak zwykle najwięcej do powiedzenia mają ci co o tym aucie wiedzą tyle co sobie uroją . LEKARSTWO ! - najpierw przejedzcie się zetką potem zabierajcie zdanie . Pozdrowienia dla właścicieli Z -ki.

~Timerider 2009-05-24

Niezle wygląda,ale nic poza tym.Toporny wóz,pali jak smok,sztywny.

~tata 2009-02-22

baran piwsal ten artykul nawet mam watpliwosci czy w ogole jezdzil tym autem.... :/

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij
Prześlij zdjęcie i zagraj o jedną z 30 nagród
Prześlij zdjęcie i zagraj o jedną z 30 nagród
Konkurs na 25-lecie magazynu "auto motor i sport". Zrób sobie zdjęcie z jubileuszowym wydaniem magazynu i prześlij je do nas koszystając z formularza na stronie. Masz szansę na wygranie jednej z 30 nagród. Weź udział!
Wydania cyfrowe auto motor i sport Wydania cyfrowe auto motor i sport